Kupił pistolet tydzień wcześniej na Kurfürstendamm. W poniedziałek zastrzelił sześć osób. Historia, która zaczęła się od płaczącego niemowlęcia.

dzikizachod.eu 3 tygodni temu

Tydzień przed zbrodnią wziął 4 000 euro, pojechał do Berlina i kupił pistolet. Już wtedy wiedział, co zrobi

W poniedziałek 45-letni mężczyzna zjawił się na spotkaniu w ośrodku pomocy młodzieży w Stade koło Hamburga. Miał tam omówić kwestię opieki nad swoją trzymiesięczną córeczką. Ale – jak ustalili śledczy – nie przyjechał rozmawiać. Przyjechał zabić.

Zanim przekroczył próg ośrodka, miał już przy sobie pistolet Beretta model 70, kupiony tydzień wcześniej na berlińskim Kurfürstendamm za blisko 4 000 euro razem z 21 sztukami amunicji. Nie była to impulsywna decyzja. Była zaplanowana.

Kiedy wyszedł z budynku, za sobą zostawił sześć ciał.

Sześć ofiar, dwie osoby ocalone

Wszystkie ofiary zginęły na miejscu lub niedługo po ataku. Wśród zabitych znalazło się troje pracowników Urzędu ds. Młodzieży Regionu Hannover, którzy przyjechali na spotkanie, oraz troje pracowników samego ośrodka w Stade.

Matka dziecka i sama trzymiesięczna dziewczynka – dwie osoby, wokół których toczyła się cała sprawa – nie odniosły żadnych obrażeń. Napastnik nie celował w nie. Jego lista celów była – jak się zdaje – inna.

Mężczyzna po dokonaniu strzelaniny próbował uciec. Został zatrzymany przez policję jeszcze podczas ucieczki. W areszcie znalazł się jeszcze tego samego wieczoru.

Sąd wystawił nakaz aresztu: morderstwo z premedytacją i niskich pobudek

We wtorek popołudniu Sąd Rejonowy w Stade wystawił nakaz aresztu za sześciokrotne morderstwo. Prokuratura stanowczo wskazuje na spełnienie dwóch kwalifikujących znamion morderstwa w rozumieniu niemieckiego kodeksu karnego: działanie podstępne (Heimtücke) – ofiara nie miała szans na obronę – oraz niskie pobudki (niedrige Beweggründe), które wykluczają jakiekolwiek moralne uzasadnienie czynu.

Podejrzany trafił do zakładu karnego. W środę oficjalnie powołano komisję śledczą ds. zabójstw (Mordkommission), która przejęła śledztwo ze względu na jego „zakres i złożoność”. Śledczy apelują do wszystkich, którzy mogą dysponować nagraniami wideo lub zdjęciami z okolicy i czasu zdarzenia, o przesłanie ich przez specjalnie uruchomiony portal.

Kim jest 45-latek z Garbsen?

Podejrzany pochodzi z Garbsen, miejscowości w regionie Hannover. Urodził się w Niemczech, ale posiada obywatelstwo tureckie. Według policji nie był wcześniej notowany za przestępstwa z użyciem przemocy – co czyni tę zbrodnię tym bardziej niepokojącą.

Jego związek ze Stade i ośrodkiem pomocy młodzieży wynikał wyłącznie z toczącej się sprawy rodzinnej. Nie miał tam żadnych innych powiązań. Przyjechał z jednym celem.

Historia, która zaczęła się od niemowlęcia i podejrzenia o Shaken Baby Syndrome

By zrozumieć, co doprowadziło do tej masakry, trzeba cofnąć się o kilka miesięcy – do momentu, gdy trzymiesięczna córeczka 45-latka po raz pierwszy trafiła na oddział ratunkowy.

Jako pięciotygodniowy niemowlak dziecko zostało przywiezione przez rodziców na izbę przyjęć szpitala w Hanowerze. Lekarz, który go przyjął, powziął podejrzenie o tzw. Shaken Baby Syndrome – czyli syndrom dziecka potrząsanego, śmiertelnie niebezpieczne uszkodzenie mózgu wywołane gwałtownym szarpaniem lub potrząsaniem niemowlęciem. To podejrzenie uruchomiło lawinę wydarzeń, której końcowym ogniwem był poniedziałkowy zamach.

Rodzice kategorycznie zaprzeczyli, jakoby dziecko doznało urazów w wyniku przemocy. W czasie kilkutygodniowego leczenia narastały konflikty między rodzicami a personelem medycznym. Ojciec dziecka zadzwonił choćby na policję, próbując zablokować planowaną operację dziecka – krok, który wielu lekarzy odebrało jako ingerencję i zagrożenie.

Wzajemne oskarżenia eskalowały błyskawicznie. 22 kwietnia personel szpitala złożył na ojca dziecka doniesienie do policji, wskazując na jego agresywne zachowanie, które czuli jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa. 18 maja ojciec odpowiedział, składając zawiadomienie na pięciu pracowników szpitala, oskarżając ich m.in. o fałszywe pomówienia.

Dziecko zabieram, Sąd przywraca, ojciec protestuje

15 maja dziecko zostało wypisane ze szpitala. Urząd ds. Młodzieży podjął natychmiast decyzję o umieszczeniu niemowlęcia pod opieką zastępczą – wbrew woli obojga rodziców. Dziecko zostało rozdzielone zarówno z matką, jak i z ojcem.

Sąd rodzinny nakazał jednak, by niemowlę wróciło pod opiekę matki. 26 maja matka i córeczka zamieszkały razem w ośrodku specjalizującym się we wsparciu rodzin w kryzysie – tym samym ośrodku w Stade, który stał się miejscem masakry.

Ojciec nie zaakceptował w pełni decyzji sądu rodzinnego. Zaskarżył ją w części. Nakręcona spirala nieufności, zawiadomień, wniosków sądowych i wzajemnych oskarżeń kręciła się coraz szybciej – aż do poniedziałkowego poranku, gdy mężczyzna kupiony wcześniej pistolet zabrał na spotkanie, które miało być kolejnym krokiem procesu sądowego.

Matka chrzestna dziecka: „Lekarze kłamali. Urząd wiedział niepełną prawdę”

Trzy dni przed zamachem matka chrzestna dziewczynki wysłała do kilku redakcji, w tym do NDR, długi list, w którym przedstawiła zupełnie inną wersję wydarzeń niż ta oficjalna.

Według niej to personel medyczny szpitala w Hanowerze stworzył fałszywy obraz ojca jako osoby agresywnej i niebezpiecznej – zarówno wobec sądu, jak i wobec ośrodka w Stade. Twierdziła też, iż uraz głowy dziecka nie był wynikiem potrząsania, ale przypadkowego, silnego zderzenia czoła ojca z głową niemowlęcia podczas wspólnego snu w łóżku. „Nieintencjonalne zderzenie” – jak to ujęła.

Podkreślała też, iż Urząd ds. Młodzieży nie był w pełni poinformowany o wersji wydarzeń prezentowanej przez rodziców, a jedna z jego pracownic miała przekazać do ośrodka w Stade nieprawdziwe informacje.

Czy ta wersja jest prawdziwa? Tego nie wiadomo. Prokuratura bada wszystkie wątki. Lekarze powołują się na tajemnicę lekarską. Prawnicy milczą. Urząd ds. Młodzieży odsyła do trwającego śledztwa.

„Coś się urwało”. Żałoba w Hanowerze

We wtorek, dzień po masakrze, w Marktkirche w Hanowerze odbyło się nabożeństwo żałobne w intencji zamordowanych pracowników. Region Hannover, z którego trzech urzędników straciło życie, powołał sztab kryzysowy.

Troje zamordowanych pracowników Urzędu ds. Młodzieży pojechało do Stade jako profesjonaliści wykonujący swoje obowiązki. Nie mieli broni. Nie mieli ochrony. Mieli teczkę akt i wiarę, iż spotkanie jest kolejnym krokiem w procedurze prawnej.

Żadne z nich nie wiedziało, iż po drugiej stronie stołu siedzi człowiek z naładowanym pistoletem, który tydzień wcześniej za nie zapłacił 4 000 euro w gotówce.

Premedytacja, która nie miała prawa się zdarzyć

Zakup broni tydzień przed zamachem. Konkretny model – Beretta 70. Konkretne miejsce – Kurfürstendamm w Berlinie. Konkretna kwota – 4 000 euro za pistolet i 21 naboi.

To nie była zbrodnia afektu. To był plan.

I pytanie, które teraz zadają niemieccy komentatorzy i eksperci od bezpieczeństwa, brzmi nie tylko: jak do tego doszło? Ale też: czy był jakiś moment, w którym można było to zatrzymać? Czy któraś ze służb – szpital, urząd, sąd rodzinny, ośrodek w Stade – mogła zobaczyć sygnały ostrzegawcze, których nikt nie dostrzegł lub nie połączył w jedną całość?

Śledztwo trwa. Komisja ds. zabójstw ma przed sobą długą drogę.

Źródło: https://www.ndr.de/nachrichten/niedersachsen/lueneburg_heide_unterelbe/toedliche-schuesse-in-stade-verdaechtiger-soll-waffe-eine-woche-vor-der-tat-gekauft-haben,stade-150.html

Idź do oryginalnego materiału