Pół miliona dla urzędników. Powodzianie nie stracili ani złotówki, ale afera już płynie

opowiecie.info 2 godzin temu

513 tysięcy złotych. Liczba robi wrażenie. Zwłaszcza kiedy obok postawi się 157 tysięcy z Dolnego Śląska i 18,5 tysiąca ze Śląska. I jeszcze doda słowo „powódź”. Tylko iż jest jeden kłopot: z pieniędzy przeznaczonych dla powodzian na nagrody dla pracowników Opolskiego Urzędu Wojewódzkiego nie wydano ani złotówki. A liczby zestawiane przez media nie pokazują też, ile naprawdę na nagrody wydawały porównywane urzędy.

Aferę rozpętał wojewódzki radny PiS Wojciech Komarzyński. W swoich publicznych wpisach pytał o nagrody w Opolskim Urzędzie Wojewódzkim, sugerując, iż powódź stała się dla władz okazją do dodatkowego wynagradzania urzędników. Sprawę gwałtownie podjęły media. I powstała historia idealna.

Opole – ponad pół miliona. Dolny Śląsk – 157 tysięcy. Śląsk – ledwie 18,5 tysiąca.

No, pani wojewodo, rozbiła pani bank.

Tyle iż zanim wezwiemy prokuratora, CBA, Najwyższą Izbę Kontroli i najlepiej jeszcze komisję śledczą, warto wykonać czynność w dzisiejszym dziennikarstwie najwyraźniej coraz bardziej ekstrawagancką: sprawdzić, co adekwatnie porównujemy.

Opolski Urząd Wojewódzki podał, iż w latach 2024–2026 za szczególne zaangażowanie w dodatkowe zadania związane ze skutkami powodzi wypłacono łącznie około 513 tys. zł. W 2024 r. było to 352 950 zł, w 2025 r. – 150 944 zł, a w 2026 r. – 9156 zł.

Nie były to jednak pieniądze zabrane rodzinie z Głuchołaz, której trzeba odbudować dom. Nie były to środki niewypłacone przedsiębiorcy z Nysy. Nie zrezygnowano z remontu mostu, żeby dyrektor dostał kopertę.

Pieniądze pochodziły z Funduszu Nagród.

Fundusz nagród w służbie cywilnej jest tworzony ustawowo. Jego podstawowa wysokość to 3 proc. planowanych wynagrodzeń osobowych. Pozostaje w dyspozycji dyrektora generalnego urzędu i może być zwiększony w ramach posiadanych środków na wynagrodzenia.

Tak stanowi art. 93 ustawy o służbie cywilnej. Nie wymyśliła tego Monika Jurek po powodzi we wrześniu 2024 roku. Taki fundusz mają urzędy administracji rządowej w całej Polsce.

Co więcej, Dolnośląski Urząd Wojewódzki – przedstawiany dziś jako przykład powściągliwości przy wypłacaniu pieniędzy „za powódź” – tylko w 2023 roku wypłacił swoim pracownikom 6 mln 271,3 tys. zł nagród.

Nie 157 tysięcy.

Ponad 6,2 miliona złotych.

NIK podała przy tym, iż średnia roczna wartość nagrody wynosiła 6,8 tys. zł. Pieniądze pochodziły między innymi z 3-procentowego funduszu nagród oraz oszczędności w funduszu wynagrodzeń wynikających z wakatów, absencji i niewykorzystanych środków płacowych.

Jeszcze ciekawiej robi się w Katowicach. NIK skontrolowała nagrody wypłacone w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w 2024 roku. Zbadała 12 najwyższych nagród o łącznej wartości 553 tys. zł.I napisała, iż było to zaledwie 3,5 proc. wszystkich nagród wypłaconych w urzędzie.

Prosty rachunek daje około 15,8 mln zł nagród ogółem.

NIK stwierdziła przy tym, iż badane nagrody okresowe i specjalne zostały przyznane zgodnie z regulaminem Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego.

A teraz wróćmy do owego dramatycznego porównania.

Opole – 513 tys. zł.
Dolny Śląsk – 157 tys. zł.
Śląsk – 18,5 tys. zł.

Po przeczytaniu takiego zestawienia można odnieść wrażenie, iż w Opolu pieniądze sypały się z sufitu, podczas gdy Katowice zaciskały pasa tak mocno, iż prawie zabrakło im na zszywki. Tymczasem właśnie w Katowicach w roku powodziowym wartość wszystkich nagród wynosiła około 15,8 miliona złotych. Owe 18,5 tysiąca oznacza więc coś zupełnie innego: tyle urząd przypisał konkretnie do dodatkowej pracy związanej z powodzią.

I tutaj zaczyna się pytanie dużo ciekawsze od pytania: „Dlaczego Jurek rozdała pół miliona?”.

Czy Opole, Wrocław i Katowice w ogóle tak samo kwalifikowały pracę wykonywaną przy powodzi? Bo jeżeli śląski urzędnik dostał kwartalną nagrodę za całokształt pracy, wśród której były również dodatkowe obowiązki podczas powodzi, ale urząd nie oznaczył części tej nagrody jako „powodziowej”, w tabelce zobaczymy zero. o ile w Opolu ten sam rodzaj dodatkowego wysiłku został wyodrębniony i policzony – zobaczymy tysiące złotych.

I możemy już pisać: „Opole rozbiło bank”.

Tyle iż banku nie rozbito. Zmieniono sposób podpisania rubryki.

To nie oznacza oczywiście, iż każda opolska nagroda była słuszna. Nie wiemy tego. I właśnie to byłoby interesujące do sprawdzenia.

Czy konkretni pracownicy rzeczywiście wykonywali dodatkowe zadania? Jak długo? Jakie? Czy pracowali ponad standardowy zakres obowiązków? Według jakich kryteriów dyrektor generalny ustalał wysokość nagród? Dlaczego jedni dostali więcej, a inni mniej? Czy efekty ich pracy uzasadniały wyróżnienie?

To byłoby dziennikarstwo. Znacznie trudniejsze niż ustawienie obok siebie trzech liczb.

Osobną sensację zrobiono z tego, iż wśród nagrodzonych znalazło się siedmiu dyrektorów i zastępców dyrektorów. Łącznie w ciągu dwóch lat otrzymali około 38 tys. zł.

Podzielmy. To przeciętnie około 2,7 tys. zł na osobę rocznie.

Można oczywiście uważać, iż konkretny dyrektor nie zasługiwał choćby na 50 zł. Tylko najpierw należałoby pokazać, iż źle wykonywał pracę. Sam fakt, iż kierownik dostał średnio 2,7 tys. zł rocznej nagrody, trudno jeszcze przedstawiać jako finansowe Eldorado.

Administracja wojewody to zresztą nie grupa ludzi zatrudnionych wyłącznie po to, żeby przesuwać papiery z lewej strony biurka na prawą. To m.in. zarządzanie kryzysowe, sprawy bezpieczeństwa, ochrona ludności, nadzór budowlany, ochrona zabytków, kwestie cudzoziemców, zdrowia, transportu czy koordynowanie ogromnych strumieni publicznych pieniędzy. A podczas powodzi dochodzą kolejne zadania: weryfikowanie strat, obsługa pomocy, rozliczanie środków, ewidencja finansowa i cała biurokratyczna robota, której nikt nie pokazuje w telewizji, ale bez której pieniędzy nie można legalnie wypłacić.

Czy za szczególne zaangażowanie tych ludzi można płacić nagrody?

Państwo polskie najwyraźniej uważa, iż można, skoro ustawowo utworzyło w służbie cywilnej fundusz przeznaczony właśnie na nagradzanie szczególnych osiągnięć. Można oczywiście postulować jego likwidację. Można powiedzieć: urzędnik ma pensję, więc żadnych nagród.

Tylko wtedy bądźmy konsekwentni. Nie tylko w Opolu. Także we Wrocławiu, Katowicach, Warszawie i każdym innym urzędzie. I nie tylko wtedy, kiedy wojewoda jest z partii, której akurat nie lubimy.

Najbardziej niepokojące w tej historii nie jest więc na razie pół miliona złotych. Niepokojące jest coś prostszego: jak łatwo połączyć w jednym zdaniu słowa „powódź”, „nagrody” i „pół miliona”, żeby stworzyć wrażenie, iż ktoś urządził sobie ucztę nad cudzym nieszczęściem. Powodzianie nie dostali przez te nagrody ani złotówki mniej. Ale tego rodzaju szczegół ma jedną wadę.

Fatalnie psuje aferę.

Fot. archiv

Idź do oryginalnego materiału