Aleksandra Tchórzewska: Ile najdłużej przekonywał pan człowieka, iż jednak warto żyć?
Paweł Frąckiewicz, krajowy koordynator ds. negocjacji policyjnych: Całą noc – od wieczora aż do świtu. Chłopak stał na wiadukcie, a my przez cały czas z nim rozmawialiśmy. Kiedy nadszedł poranek, po prostu wypiliśmy razem kawę, tam, na miejscu.
Do samego końca nie mógł uwierzyć, iż policjant poświęcił mu całą noc, a na koniec chce po prostu wypić z nim tę kawę i podziękować za rozmowę.
Miał jakieś obawy?
Przez cały czas był przekonany, iż to podstęp. Bał się, iż gdy tylko weźmie kubek do ręki, zostanie obezwładniony. Musiałem mu tłumaczyć, iż negocjator działa inaczej niż typowe służby porządkowe. W końcu nam zaufał. Po całonocnej rozmowie poszedł z nami do karetki, gdzie zajęli się nim lekarze.
To był dwudziestoparolatek z bagażem trudnych doświadczeń – problemy z używkami, kłopoty rodzinne, rozstanie z dziewczyną. Poturbowany przez życie. Skumulowało się w nim tyle nieszczęść, iż nie widział innego wyjścia.
Myślę jednak, iż to zakończenie go zaskoczyło. Zobaczył, iż choćby w tak dramatycznych okolicznościach można spotkać się ze zwykłą, ludzką dobrocią.
Co najczęściej doprowadza człowieka do momentu, w którym nie widzi już innego wyjścia?
To zależy od sytuacji. Zazwyczaj, zanim ktoś zdecyduje się na tak radykalny krok, kumuluje się kilka negatywnych czynników. Rzadko jest to jedna przyczyna – najczęściej to cała lawina problemów, która w pewnym momencie staje się nie do zniesienia.
Zdarzają się jednak wyjątki, kiedy intencją nie jest śmierć, ale manifestacja. Pamiętam historię nauczyciela, który wszedł na słup wysokiego napięcia. To był bardzo inteligentny człowiek, od razu podjął z nami dialog. Ryzykował życie samym przebywaniem na wysokości, ale nie chciał skakać – chciał zaprotestować przeciwko złemu traktowaniu pracowników przez dyrekcję szkoły.
Udało się go przekonać do zejścia?
Tak, po kilku godzinach zszedł. Policja podjęła odpowiednie działania wobec dyrekcji, o czym został poinformowany. Dyrekcja musiała odnieść się do jego zarzutów.
Finał był taki, iż wrócił do pracy i przez cały czas uczy w tej samej szkole. Z tego, co wiem, tamtej dyrekcji już w placówce nie ma. To pokazuje, iż negocjator czasem pomaga nie tylko w bezpośrednim kryzysie, ale też pośrednio przyczynia się do rozwiązania problemów, które doprowadziły człowieka na tę krawędź.
W drodze na miejsce wie pan już, co powie temu człowiekowi, który stoi na krawędzi dachu?
Nie, absolutnie nie. W praktyce często nie wiemy choćby dokładnie, do czego jedziemy. Gdy powoływany jest zespół, dysponujemy jedynie strzępkami informacji. Wiemy na przykład, iż ktoś się zabarykadował – być może z rodziną, a czasem, niestety, choćby z dzieckiem – i grozi jemu oraz sobie.
W około 80 procentach przypadków są to osoby w kryzysie sam***jczym. Najczęściej miejscem zdarzenia jest most, okno albo wiadukt. To dla nas mało komfortowa sytuacja, bo przy tak skąpych danych trudno na początku zbudować konkretny plan działania. Dopiero gdy docierają kolejne informacje, możemy układać scenariusze i decydować, w którą stronę prowadzić rozmowę.
Nie znamy historii ani powodów, które doprowadziły osobę do tej decyzji; tego dowiadujemy się dopiero w trakcie rozmowy.
Równolegle intensywnie zbieramy informacje na temat tego człowieka. Im więcej wiemy – o ewentualnych problemach z prawem, sytuacji rodzinnej czy używkach – tym łatwiej jest nam nawiązać kontakt i wejść w dialog.
Stał ktoś kiedyś naprzeciw pana z granatem albo bombą?
Na szczęście nie. Zdarzała się broń palna, ale była skierowana przeciwko osobom trzecim, nie bezpośrednio do mnie.
Nikt mi osobiście nie groził, choć w Polsce dochodziło do sytuacji, w których sprawcy atakowali negocjatorów, na przykład maczetami, albo oddawali strzały. Na szczęście w moich akcjach nikt nie odniósł obrażeń.
Czy podczas negocjacji miał pan zawsze na sobie kamizelkę kuloodporną?
Tak, to podstawowa zasada. I broń.
Jak wyglądała chwila, w której dostał pan wezwanie? Co pan wtedy czuł? Jest wyrzut adrenaliny czy raczej pełne skupienie?
To proces, który z czasem się zmienia. Na początku drogi negocjatora pojawiają się obawy, lęk, strach. Z tyłu głowy od razu rodzi się pytanie: "czy dam radę?". Czy czegoś nie zawalę?
Z biegiem lat to się jednak zmienia. Doświadczenie i stały kontakt z takimi sytuacjami sprawiają, iż człowiek nabiera pewności, iż wykonuje swoją pracę coraz lepiej.
Z czasem zamiast emocji pojawia się przede wszystkim skupienie. Przestajemy koncentrować się na sobie, a zaczynamy na tym, co może nas spotkać na miejscu. W głowie układamy możliwe scenariusze i analizujemy rozwój wydarzeń.
Wcześniej mówił pan o zespole. Rozumiem więc, iż nie działa pan w pojedynkę?
Negocjator nigdy nie działa sam. To mit rodem z hollywoodzkich filmów, w których jedna osoba załatwia wszystko.
Nawet amerykańscy negocjatorzy, od których czerpaliśmy wiedzę, zawsze pracują zespołowo. Nasz system jest zresztą wzorowany bezpośrednio na rozwiązaniach FBI.
Ilu specjalistów liczy taki zespół?
Określa to jawny akt prawny – Zarządzenie nr 67 Komendanta Głównego Policji z dnia 14 grudnia 2018 r. w sprawie negocjacji policyjnych. Powstało ono na bazie doświadczeń amerykańskich, a później zostało uzupełnione o nasze, polskie praktyki.
Zgodnie z przepisami zespół powinien liczyć co najmniej trzy osoby i w takim składzie przystępujemy do działania.
Jak dzielą się państwo zadaniami? Co robi pierwszy, drugi i trzeci negocjator?
Role są ściśle określone. "Jedynka" to negocjator prowadzący – to on rozmawia z osobą w kryzysie i zwykle inicjuje dialog. W zależności od rozwoju sytuacji może się to jednak zmienić.
"Dwójka" pełni rolę wspierającą, natomiast "trójka" jest nieformalnym dowódcą zespołu negocjacyjnego. Odpowiada za kontakt z dowódcą całej operacji, dba o organizację pracy i komfort zespołu, tak aby "jedynka" mogła skupić się wyłącznie na rozmowie. Zapewnia też wsparcie logistyczne – choćby w tak prozaicznych sprawach, jak kawa czy herbata, jeżeli negocjacje się przedłużają.
To dla państwa czy dla osoby, z którą prowadzicie rozmowy?
"Kawa, herbata, papieros" – to u nas niemal przysłowiowy zestaw. Czasem człowiek stojący na moście czy na krawędzi dachu ulega po prostu fizjologii. Chce mu się palić, pić albo potrzebuje czegoś zimnego – choćby napoju.
Zastanawia mnie inna kwestia fizjologiczna. Jak radził sobie pan z brakiem toalety podczas akcji, która trwa na przykład kilkanaście godzin? Czy przy trzyosobowym zespole ktoś może na chwilę opuścić stanowisko?
Właśnie po to pracujemy w zespole. Gdyby negocjator działał sam, byłby w praktyce "uwiązany" na miejscu. Przy trzech osobach możemy się rotować i zadbać o podstawowe potrzeby.
Jeśli akcja trwa wiele godzin, "trójka" dba o to, by każdy miał chwilę na regenerację. To najważniejsze – zmęczenie i dyskomfort fizyczny mogą wpłynąć na jakość rozmowy i bezpieczeństwo całej operacji.
Można tak po prostu zostawić osobę w kryzysie?
Można opuścić stanowisko, ale nie oznacza to przerwania kontaktu. Informujemy rozmówcę wprost, iż na chwilę odchodzimy.
W tym czasie stosujemy rotację: "dwójka" płynnie przejmuje rozmowę od "jedynki". Najważniejsza zasada jest jedna – kontakt z osobą w kryzysie musi być nieprzerwany.
A pan najczęściej którą "cyfrą" bywał?
To wyglądało różnie. Jest tu jeden istotny aspekt: negocjatorzy tworzą bardzo zżyte środowisko. Znamy się nie tylko zawodowo, ale i prywatnie, wiemy, kto, w jakiej jest formie.
Decyzję o tym, kto będzie "jedynką", "dwójką", a kto dowódcą, podejmujemy wspólnie – najczęściej już na miejscu. zwykle "jedynką" zostaje osoba, która w danej chwili jest w najlepszej kondycji albo po prostu zgłosi się na ochotnika.
To rola najbardziej obciążająca psychicznie. Negocjator nie jest z kamienia ani robotem – zdarzają się gorsze dni, nieprzespane noce i wtedy ktoś może nie chcieć iść na pierwszy ogień.
Właśnie po to jest zespół – żebyśmy mogli się wspierać i asekurować. Każdy ma też swoje preferencje: jedni lepiej czują się jako liderzy rozmowy, inni wolą pełnić rolę wspierającą lub dowódczą.
A co robi negocjator, gdy druga strona w ogóle nie chce rozmawiać? Jak "ugryźć" kogoś, kto milczy?
To największa trudność w naszej pracy. Taktyk negocjacyjnych jest wiele, ale brak jakiegokolwiek dialogu to najtrudniejszy scenariusz.
Czasem trzeba to po prostu przeczekać. Doświadczenie pokazuje, iż prędzej czy później człowiek zaczyna się otwierać. Nie ma jednego uniwersalnego klucza – musimy próbować różnych sposobów, szukać punktu zaczepienia.
Jeśli ta osoba w końcu podejmie rozmowę, możemy mówić o połowie sukcesu.
A czy negocjator może obiecać coś niemożliwego, żeby tylko uratować życie?
Nie. Podstawowa zasada brzmi: negocjator nigdy nie kłamie. Cała nasza praca opiera się na zaufaniu. Negocjator musi mówić prawdę i nie może obiecywać rzeczy niemożliwych.
Gdyby negocjator stracił wiarygodność w oczach rozmówcy, wszystkie działania byłyby przekreślone. choćby wprowadzenie kolejnej osoby nic by nie dało – pojawiłaby się podejrzliwość, a plan mógłby się rozsypać.
Zdarzało się panu słyszeć jakieś absurdalne prośby?
Może nie absurdalne, ale na pewno nietypowe. Muszę jednak rozczarować fanów kina – nie przypominam sobie sytuacji, w której ktoś żądałby helikoptera czy miliona dolarów.
Rzeczywistość jest dużo prostsza: sprawcy najczęściej proszą o alkohol. Przepisy i odpowiedzialność, która na nas ciąży, są jednak jednoznaczne – nie możemy podać choćby przysłowiowego piwa. Czasem taka jedna rzecz mogłaby gwałtownie zakończyć sytuację, ale ze względów bezpieczeństwa jest to wykluczone.
Jak reagują, gdy spotykają się z odmową?
Na początku zdarzają się żarty, próby sprawdzenia nas, czasem prowokacje. Z biegiem czasu sytuacja jednak poważnieje.
Rozmówca zaczyna dostrzegać, iż negocjator działa profesjonalnie, ale też z empatią. Widzi w nas człowieka, któremu naprawdę zależy. I wtedy zwykle zaczyna się ta adekwatna, szczera rozmowa.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zdarza się panu spotkać te osoby później – na ulicy, w sklepie? Rozpoznają pana?
Tak, zdarzało się. Ja ich rozpoznaję – mam świetną pamięć do twarzy. Czasem, gdy widzę znajomą twarz w tłumie albo trafiam na zdjęcie z akcji, wspomnienia wracają.
Czy oni rozpoznają mnie, tego nie wiem.
Staramy się jednak dbać o anonimowość. W przypadku prób sam***jczych zwykle nie jest to problem. Po zakończeniu akcji taka osoba trafia do karetki, gdzie zajmuje się nią psychiatra. Czasem po kilku dniach wraca do domu – o wszystkim decyduje lekarz.
Zupełnie inaczej podchodzimy do sprawców, których można określić jako szczególnie niebezpiecznych – osób grożących rodzinie czy osobom trzecim. W takich sytuacjach musimy być znacznie bardziej ostrożni i rygorystycznie dbać o anonimowość. Każdy z nas ma rodzinę, a nigdy do końca nie wiemy, z kim mamy do czynienia.
A co pan czuje do tych ludzi?
Do każdego człowieka podchodzę z troską i zrozumieniem. Po prostu – po ludzku – mu współczuję.
Zawsze mam z tyłu głowy myśl, iż ja sam, albo ktoś z moich bliskich, mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji. Dziś jestem po tej bezpiecznej stronie barykady, ale życie bywa nieprzewidywalne. Chciałbym wierzyć, iż gdybym kiedyś znalazł się po drugiej stronie, ktoś podałby mi rękę i pomógł.
Właśnie – a gdyby osobą w kryzysie okazał się ktoś z pana rodziny, czy mógłby pan prowadzić negocjacje?
Zazwyczaj w takich sytuacjach negocjator jest odsuwany od bezpośrednich działań. Emocje związane z bliską osobą mogłyby utrudnić profesjonalne prowadzenie rozmowy.
Taki policjant może wspierać zespół z boku, ale bezpośredni dialog to rzadkość. Z drugiej strony wiele zależy od konkretnego przypadku i od tego, czy dana osoba czuje się na siłach.
Teoretycznie znajomość rozmówcy może być atutem – daje gotowy fundament relacji. Ostatecznie jednak to negocjator musi sam ocenić, czy podoła tej roli, czy lepiej pozostać w tle i wspierać zespół.
A gdy zapada decyzja o wejściu siłowym, czuje pan porażkę? Pojawia się myśl, iż coś się nie udało?
Nie mamy wpływu na wszystko. Jako negocjatorzy musimy być cierpliwi, ale to nie my podejmujemy decyzję o wejściu siłowym – to wyłączna kompetencja dowódcy.
Oczywiście dowódca konsultuje z nami przebieg rozmów, a my przedstawiamy mu aktualną sytuację, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ile jeszcze potrwa dialog. jeżeli pojawia się bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia, decyzja o wejściu podejmowana jest bez wahania.
Mamy określone zadanie i realizujemy je najlepiej, jak potrafimy, zgodnie z procedurami i doświadczeniem. Robimy wszystko, co w naszej mocy. jeżeli finał akcji jest inny, niż zakładaliśmy, musimy to zaakceptować – na część decyzji i okoliczności po prostu nie mamy wpływu.
Były zdarzenia, które nie zakończyły się sukcesem?
Pamiętam jedną taką sytuację. Działaliśmy w zespole i osoba, którą próbowaliśmy odwieść od tego kroku, ostatecznie skoczyła. Na szczęście przeżyła. Połamała sobie nogi.
W innym przypadku, po długim czasie trwania akcji, zapadła decyzja o jej zakończeniu i wejściu siłowym. Do działań skierowano jednostkę kontrterrorystyczną (SPKP). W momencie wejścia funkcjonariuszy ten człowiek skoczył. Na miejscu był przygotowany skokochron, jednak go przeskoczył i uderzył o podłoże.
To doświadczenie bardzo nas dotknęło. Jeden z kolegów przeżył to szczególnie mocno. Poczucie bezsilności było ogromne – w tamtym momencie nie mogliśmy już nic zrobić.
Ma pan bardzo ładny tembr głosu. Trudno mi wyobrazić sobie w tej roli kogoś o wysokim, nerwowym tonie, który mógłby tylko potęgować stres u osoby w kryzysie.
Spokój i opanowanie w głosie to ogromny atut. Myślę, iż większość negocjatorów ma świadomość, jak pracować głosem.
Na początku akcji sprawca nas często nie widzi, a jedynie słyszy. jeżeli głos będzie odrzucający, tracimy szansę już na starcie. jeżeli natomiast budzi zaufanie i zachęca do rozmowy, znacznie ułatwia to kontakt.
Czy musiał pan dostosowywać swój głos do rozmówcy? jeżeli on krzyczał, pan też podnosił głos?
Działamy odwrotnie. Pojawiają się teorie, iż trzeba "wejść" w emocje rozmówcy – jeżeli krzyczy, to krzyczeć razem z nim. W praktyce tego nie stosujemy.
Jeśli ktoś podnosi głos, my zachowujemy spokój. Emocje oczywiście są w nas, ale uczymy się je kontrolować – służą do tego odpowiednie treningi. Chodzi o to, by naszym spokojem "wpływać" na rozmówcę. Z czasem on sam się wycisza, bo zwyczajnie męczy się własnymi emocjami i krzykiem. W tej pracy cierpliwość jest kluczowa.
Co pomagało panu zachować opanowanie podczas zdarzenia?
Największe poczucie bezpieczeństwa daje nam zespół. System jest tak skonstruowany, iż zawsze mamy oparcie w drugiej osobie. Kiedy ja rozmawiam jako "jedynka", "dwójka" stoi tuż za mną.
Pamiętam sytuację, gdy rozmowa była wyjątkowo trudna i czułem, iż zaczynam się denerwować, iż ktoś próbuje wyprowadzić mnie z równowagi. Wtedy drugi negocjator po prostu położył mi rękę na barku. To wystarczyło – od razu się uspokoiłem.
Musimy obserwować nie tylko sprawcę, ale też siebie nawzajem i swoje emocje. Ten efekt współpracy i wzajemnego wsparcia pozwala nam skutecznie działać i ratować życie.
Czy można przewidzieć zachowanie człowieka w kryzysie? Mieć pewność, iż już nie skoczy?
Podobnie jak w każdej interwencji policyjnej – nigdy nie wiemy dokładnie, do czego jedziemy i co nas spotka. Każda sytuacja jest inna i choćby podczas ćwiczeń pojawia się element zaskoczenia.
Jestem negocjatorem policyjnym od 10 lat. Doświadczenie pozwala budować pewne założenia, ale nigdy nie daje pełnej przewidywalności. Istnieją schematy, które mogą się powtarzać, jednak każda sprawa ma w sobie coś unikalnego.
Trzeba też pamiętać, iż na zachowanie człowieka wpływa wiele czynników – emocje, alkohol czy inne substancje, a czasem ich mieszanka. jeżeli dochodzi do tego choroba psychiczna, na przykład schizofrenia, sytuacja staje się szczególnie nieprzewidywalna. W takich warunkach nie da się w pełni przewidzieć reakcji drugiego człowieka.
Czy zdarza się czasem negocjatorowi przełamać schemat dla dobra sprawy?
Pamiętam młodego chłopaka, bardzo poranionego przez życie. Zabarykadował się w domu z nożem i zaczął się nim ranić w ramiona. Na szczęście rany nie zagrażały jeszcze bezpośrednio jego życiu.
Początkowo nie było z nim żadnego kontaktu. Próbowaliśmy rozmawiać, ale jako iż był pod wpływem substancji psychoaktywnych, komunikacja była bardzo utrudniona. Z czasem dialog się poprawił, choć wciąż daleko było do przełomu.
Na miejscu pojawił się jego ojciec, który bardzo przeżywał całą sytuację. Wtedy zapadła decyzja, która w praktyce policyjnej jest rzadkością i wykracza poza standardowe procedury – dopuszczono ojca do rozmowy.
Nie mieliśmy pewności, jak chłopak zareaguje. Jego ojciec był przekonany, iż syn nic mu nie zrobi. My oczywiście cały czas pozostawaliśmy w pobliżu i utrzymywaliśmy z nim kontakt.
Gdy chłopak zobaczył ojca i usłyszał jego prośbę, by odłożył nóż, stało się coś niezwykłego – rzeczywiście to zrobił.
Najbardziej utkwiła mi w pamięci chwila tuż po tym. Za moimi plecami byli już gotowi do wejścia funkcjonariusze pododdziału kontrterrorystycznego. Kiedy zobaczyłem nóż leżący na ziemi, zwróciłem się do dowódcy i powiedziałem: "On już odłożył nóż, proszę o delikatne podejście".
I posłuchali?
Procedury są jednoznaczne – po wejściu grupy następuje szybkie obezwładnienie. Funkcjonariusze weszli i wykonali swoje zadanie. Chłopakowi nic się nie stało, a my wykonaliśmy swoją pracę.
Ile takich zdarzeń miał pan średnio w ciągu roku?
Trudno tu o sztywne statystyki. Zdarza się, iż przez dwa miesiące panuje całkowity spokój, a potem w krótkim czasie pojawiają się dwie–trzy akcje w jednym miesiącu. Widać też pewną sezonowość – najwięcej prób samobójczych odnotowujemy jesienią i zimą.
W ostatnim czasie, ze względu na sytuację geopolityczną, mamy także więcej zdarzeń wymagających udziału pododdziałów kontrterrorystycznych (SPKP). Coraz częściej dochodzi do sytuacji, w których osoby się barykadują, co wymusza natychmiastowe działania całego zespołu.
Jako negocjatorzy patrzymy też z pewną obawą na przyszłość, szczególnie w kontekście możliwych skutków zakończenia wojny za naszą wschodnią granicą. Powroty do domów, traumy i trudne sytuacje rodzinne mogą sprawić, iż takich dramatycznych incydentów będzie w Polsce więcej.
Co się dzieje po powrocie do domu? Po takiej nocy, gdy uratował pan czyjeś życie – wraca pan do codzienności, czy to wciąż w panu zostaje?
Staramy się wracać do normalnego funkcjonowania, choć przez jakiś czas w głowie trwa analiza: co można było zrobić lepiej, inaczej. Po każdej akcji spotykamy się jako zespół, by na chłodno omówić przebieg zdarzeń.
Takie historie trafiają też później jako studia przypadków na spotkania negocjatorów – zarówno lokalne, jak i ogólnopolskie.
Wracamy do codzienności, mając świadomość, iż podobne sytuacje będą się zdarzać i iż każda z nich czegoś nas uczy.
Jak w takim razie dba pan o swoją psychikę? Ma pan wsparcie psychologa?
Oczywiście. W każdej komendzie wojewódzkiej oraz Komendzie Głównej pracują psycholodzy, do których zawsze można się zwrócić. Jako koordynator krajowy zwracam szczególną uwagę moim koordynatorom wojewódzkim, by zachęcali negocjatorów do korzystania z tej pomocy – zwłaszcza po najtrudniejszych akcjach. Nie ma tu miejsca na strach czy wstyd przed sięgnięciem po wsparcie specjalisty.
Mamy bardzo dobrych psychologów, którzy często pełnią również rolę konsultantów podczas samych negocjacji, więc doskonale rozumieją specyfikę naszej pracy.
Bardzo ważne jest też to, żeby mieć wspierającą rodzinę, jakieś hobby i móc "upuścić emocje". Czasem zwykła rozmowa i możliwość wyrzucenia z siebie trudnych doświadczeń działa oczyszczająco i po prostu pomaga.
Dalsza część wywiadu poniżej
Czy zdarza się panu stosować techniki negocjacyjne w życiu prywatnym? Czy potrafi pan to oddzielić?
Negocjator nie kłamie i nie manipuluje.
Pewne mechanizmy przenikają do codziennego życia, często w sposób nieświadomy. Osoby, które wiedzą, czym się zajmuję, mogą dostrzegać w moim sposobie komunikacji rzeczy, których ja sam nie zauważam. Zdarza się, iż w rozmowie wpływamy na innych i osiągamy określony efekt – i myślę, iż dzieje się to u mnie naturalnie, zarówno w pracy, jak i poza nią.
Niedawno w pociągu miałem nieprzyjemną sytuację z agresywnym pasażerem – on zachowywał się bardzo impulsywnie i rzucał się w moją stronę, a ja starałem się reagować spokojnie i w sposób opanowany.
Zdarza się, iż negocjatorzy rezygnują? Że wypalają się albo po prostu nie dają rady psychicznie?
Była w Polsce sytuacja, w której negocjatorowi skoczył sam***jca. Był to przypadek śmiertelny. Policjant z własnej inicjatywy został odsunięty od działań na kilka lat, ponieważ to zdarzenie bardzo mocno na nim odcisnęło swoje piętno. Co istotne – po tym czasie wrócił do służby.
Częściej jednak powodem rezygnacji nie jest samo obciążenie związane z akcjami, ale trudność w pogodzeniu roli negocjatora z życiem prywatnym. Gdy pojawia się dziecko albo współmałżonek zmienia pracę, pozostawanie w stałej dyspozycyjności 24 godziny na dobę staje się ogromnym wyzwaniem.
To praca bardzo wymagająca zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a ciągłe nocne wyjazdy i czuwanie odbijają się także na życiu rodzinnym.
To dużo jak na jeden etat.
To panią zaskoczę: w Polsce negocjator policyjny nie jest funkcją etatową – działamy w strukturach nieetatowych. Oznacza to, iż każdy z nas ma swoje codzienne, podstawowe obowiązki.
To czym pan się zajmuje, gdy akurat nie realizowane są negocjacje?
Na co dzień pracuję w sztabie i zajmuję się szeroko pojętym zarządzaniem kryzysowym. Podobnie jest z koordynatorami wojewódzkimi – to oficerowie sztabowi, którzy oprócz nadzoru nad zespołami negocjacyjnymi wykonują również wiele bieżących zadań planistycznych i operacyjnych w komendach wojewódzkich.
Wspomniał pan o dyspozycyjności 24 h na dobę. Jak ona wygląda w praktyce? Czy jeżeli siedzi pan z żoną w kinie i dzwoni telefon, to musi pan rzucić wszystko i jechać na akcje? Nie macie stałych grafików?
Przy naszej obecnej liczbie stworzenie sztywnego i sprawiedliwego grafiku jest po prostu niemożliwe. Zasada jest jedna: telefon ma się przy sobie 24 godziny na dobę i w każdym momencie może on zadzwonić.
Pamiętam choćby naszą rocznicę ślubu – byliśmy z żoną w restauracji, uroczysta kolacja, wspólny czas. I zadzwonił telefon. Trzeba było przerwać świętowanie i jechać do pracy.
Ilu mamy w tej chwili negocjatorów w kraju?
Jest nas około 350–360.
Czego ta praca nauczyła pana o ludziach, a może – czego dowiedział się pan dzięki niej o sobie?
To dobre pytanie. Ta praca nie tylko pozwala lepiej rozumieć mechanizmy działania innych, w których z czasem można dostrzec pewną powtarzalność, ale przede wszystkim daje możliwość poznania samego siebie w zupełnie nowych warunkach.
Na co dzień każdy z nas poddaje się samoocenie, patrzy w lustro i wydaje mu się, iż wie, jak zachowa się w trudnej sytuacji. Jednak dopiero momenty skrajne i ekstremalne są prawdziwym sprawdzianem. Analizując później swoje działania, nieraz można się zaskoczyć własnymi reakcjami. To właśnie takie graniczne doświadczenia pokazują, kim w istocie jesteśmy.
Ta praca nauczyła mnie również, iż w wielu sytuacjach ludzie przybierają pewnego rodzaju "maski". Jednak pod tą warstwą zawsze kryje się człowiek – ktoś, kto potrzebuje akceptacji, zrozumienia i zwykłej życzliwości.
Niezależnie od tego, czy rozmawiam z osobą, która popełniła poważne przestępstwo, czy z kimś głęboko poranionym przez życie, w każdej z nich można dostrzec to samo – potrzebę bycia zauważonym i zaakceptowanym, coś na kształt wewnętrznego "dziecka", które pragnie kontaktu i zrozumienia.

3 godzin temu














English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·