5 godzin i 8 minut – tyle w skrzyni wypełnionej lodem spędził Wojciech Pruński. To nowy rekord Guinnessa, który w minioną sobotę został ustanowiony w Słupcy.
Wojciech Pruński mieszka w Gdyni. Słupcę poznał za sprawą swojego przyjaciela, Piotra. – Specjalizuję się w postępowaniach dotyczących alienacji rodzicielskiej i często reprezentuję ojców walczących o prawa do kontaktu ze swoimi dziećmi. Tak poznałem Piotra ze Słupcy. Zawodowo jestem jego pełnomocnikiem, a prywatnie się przyjaźnimy. Jakiś czas temu, kiedy byłem u Piotra w odwiedzinach, wybrałem się na morsowanie nad Jezioro Słupeckie. Od razu złapałem dobry kontakt ze słupeckimi morsami. Morsy Borowinka to świetni, pozytywni i otwarci ludzie. Poczułem się związany ze Słupcą i wpadłem na pomysł, żeby właśnie tu pobić rekord Guinnessa w najdłuższym kontakcie ciała z lodem – pan Wojciech kilka miesięcy temu mówił na naszych łamach. W słynnej księdze rekordów już raz się zapisał, kiedy w lodzie spędził 4 godziny i minut. W czerwcu zeszłego roku rekord ten został pobity, ale pan Wojciech postanowił, iż w tej dziedzinie znowu chce być najlepszy na świecie. Ustanowienie nowego rekordu zaplanował w Słupcy. W porozumieniu z urzędem miasta ustalono, iż nastąpi to na promenadzie, podczas tegorocznych Dni Rodziny. Te odbyły się w minioną niedzielę. Plan minimum wynosił 5 godzin i 6 minut, bo tyle było potrzeba do pobicia rekordu. Plan maksimum zakładał spędzenie w lodzie 6 godzin.
Wydarzenie przyciągnęło na promenadę mnóstwo kibiców, którzy wspierali pana Wojtka, kiedy on stał w lodowatej skrzyni. Przez pierwsze 2 godziny nie było żadnych komplikacji. Te zaczęły się w połowie trzeciej godziny. Pan Wojciech musiał wspomóc się tlenem. – Około godz. 16 wyszło słońce, czego następstwem było pojawienie się dwutlenku węgla. Lód parował i w skrzyni zrobiło się po prostu bardzo duszno. Tlen rozwiązał problem, po około 20 minutach mój organizm wrócił na adekwatne tory – opisuje pan Wojciech. Dodaje, iż przez cały pobyt w lodowatej skrzyni nie czuł zimna. – Mój organizm jest chyba inaczej skonstruowany, bo ja naprawdę nie czuję zimna. Jedynym problemem był ten tlen, którego w pewnym momencie zaczęło mi brakować – zapewnia.
Z lodowatej skrzyni wyszedł po upływie 5 godzin i 8 minut. Dokładnie taki czas wystarczył do pobicia rekordu. – Gdybym od początku miał tlen, spokojnie wytrzymałbym 6 godzin. Ale uznałem, iż plan minimum tego dnia wystarczy. Lubię bić rekordy, więc na pewno nie jest to moje ostatnie słowo – zapewnia pan Wojciech, który po wyjściu z lodowatej skrzyni trafił pod opiekę służb medycznych. Później karetką został przewieziony wzdłuż promenady, do znajdującej się na brzegu jeziora sauny. Zapewnia jednak, iż jego zdrowie w żadnym momencie nie było zagrożone. – Normalną reakcją organizmu jest, iż po takim długim pobycie w zimne mięśnie się napinają. Idąc mógłbym je pozrywać, stąd prośba o podwózkę karetkę. Po spędzeniu pół godziny w saunie wszystko wróciło do normy – opisuje pan Wojciech.
Na pobiciu rekordu nic nie zarobił. Tak naprawdę to do tego dopłacił. Próbę pobicia rekordu podjął jednak z dwóch powodów. Po pierwsze, dla własnej satysfakcji. Po drugie, by nagłośnić problem alienacji rodzicielskiej. Idealną okazją do tego okazały się Słupeckie Dni Rodziny. – Rodzina zawsze jest rodziną. Po rozwodzie rodziców ojciec nie przestaje być przecież dla dziecka ojcem, a niestety bywa tak, iż ich kontakt się urywa. Od lat walczę, by takie sytuacje nie miały miejsca. Po latach walki, pełnej absurdalnych sytuacji, nie chcę już nikogo krytykować. Chcę nagłaśniać problem, mówić o nim i zło dobrem zwyciężać – mówi słupecki rekordzista Guinnessa. Dziękuje też wszystkim, którzy pomogli zorganizować wydarzenie w Słupcy. – Szczególnie władzom miasta, z burmistrzem na czele. Za otwartość i pomoc w pozyskaniu sponsorów, którzy pokryli część kosztów – dodaje.

2 godzin temu














English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·