Zaatakował, by zabić

7 godzin temu

To miał być ostatni wieczorny spacer Fiba, kółko wokół osiedla i do spania. Nagle ciszę na spokojnym osiedlu przeszył przeraźliwy pisk. Tak zaczął się koszmar.

Fibo był ze swoim opiekunem na parkingu kończącym ulicę Kajakową. Na drodze poniżej, prowadzącej do Lasku, słychać było dwa głosy. Światło latarki, w nim dwa cienie. Danielowi, opiekunowi Fiba od razu przeszło przez myśl, iż to psy spuszczone bez smyczy, więc cofnął się w głąb parkingu, między samochody, by uniknąć konfrontacji. Sądził, iż te osoby z psami przejdą dołem. Fibo był na smyczy, tuż przy nodze. Nagle na parking wskoczył amstaff. Przebiegł go jak strzała zaprogramowana na atak. Fibo, 10-kilogramowy kundelek – zdążył położyć się na plecy w geście poddania. To nie powstrzymało amstaffa. Rzucił się na niego. Zaatakował, by zabić.

Monika, właścicielka Fibo – „Usypiałam akurat naszego synka, okno było otwarte. Usłyszałam ten dźwięk, który już zawsze będzie mi mroził krew w żyłach. Wiedziałam, iż Fibo jest z narzeczonym na spacerze, ale pomyślałam, iż to może yorki sąsiadki tak strasznie ujadają, bo akurat mijają jakiegoś psa. Nie chciałam przyjąć myśli, iż to mój pies właśnie umiera”.

Daniel, właściciel Fibo – „To były sekundy. Chciałem odpiąć Fibcia, żeby uciekał. Nie zdążyłem. Nie dałem rady użyć gazu, który od kilku miesięcy zawsze brałem na spacery – odkąd Fibcia zaatakował w lesie inny pies puszczony luzem. Wtedy obyło się bez poważnych obrażeń, ale strach został. Teraz, w przypadku ataku psa-mordercy, gaz by choćby nie pomógł, jak się później dowiedzieliśmy”.

Próbowałem odciągnąć tego amstaffa, ale był jak głaz. On miał tylko jeden cel – zabić. Nie był niczym sprowokowany, musiał wyczuć zapach Fiba i potraktować go jako ofiarę do upolowania. To było straszne. Dopiero właściciel zaczął dusić swojego amstaffa, a on wtedy puścił Fibcia. Nie wiedziałem, czy mój piesek żyje. Podbiegłem do niego, ale kątem oka zauważyłem, iż właściciel agresywnego psa zapiął go na smycz i zaczął z nim uciekać. Odruchowo zacząłem go gonić, krzycząc, iż dzwonię na policję. Nie zatrzymał się. Dogoniłbym go, ale uświadomiłem sobie, iż ucieka z psem, który zagryzł mojego psa. Nie byłem pewien, czy na mnie też się nie rzuci. No i Fibo tam został, na tym parkingu, musiałem do niego wracać! Pomyślałem, iż została z nim kobieta – bezpośredni świadek zdarzenia. To ona spacerowała wcześniej z właścicielem agresywnego psa. Przecież każdy empatyczny człowiek by został, pomógł. Ale ona też zaczęła uciekać. Przeszła obojętnie obok naszego umierającego Fiba. Wsadziła drugiego amstaffa – także puszczonego luzem – do samochodu i odjechała. Nie wiem czemu, zacząłem ją nagrywać i pytać, kim jest jej kolega, którego pies zaatakował mojego! Odparła, iż go nie zna. Skoro go nie zna, czemu mi nie pomogła, czemu nie zaczekała na policję, żeby opisać przebieg zdarzenia i właściciela agresywnego amstaffa?! Fibcio ostatkiem sił uciekł pod naszą klatkę. Tam padł bez sił.

Monika – „Daniel nagle wbiegł do domu z Fibciem na rękach. Byli cali we krwi. Nie wiedziałam na początku, który z nich jest ranny. To było przerażające”. Wziął tylko kluczyki do samochodu i wybiegł. Zadzwoniłam od razu do kliniki weterynaryjnej Wąsiatycz, iż jadą tam po strasznym pogryzieniu. Lekarze już czekali, od razu wzięli Fibcia na stół operacyjny. Walczył o życie. To były jedne z najgorszych chwil naszego życia. Czekaliśmy do późnej nocy z sercem w gardle na informacje z kliniki. Nie mogłam jednak czekać bezczynnie – napisałam na lokalnej lubońskiej grupie post z prośbą o pomoc w odnalezieniu sprawcy i świadka zdarzenia – jej rejestracja i zdjęcie z psem były naszym jedynym punktem zaczepienia. Wiedziałam, iż odnajdując świadka, znajdziemy też sprawcę. Nie spodziewałam się jednak tak gigantycznego odzewu na mój apel.

Na drugi dzień z rana pojechaliśmy na komendę. Spodziewaliśmy się trochę, iż sprawa zostanie zbagatelizowana – pies prawie zagryzł innego psa. Zdarza się (niestety) dosyć często. Ostatecznie nie ucierpiał człowiek. Ale na komendzie w Luboniu okazano nam naprawdę mnóstwo empatii, policjant przyjmujący zgłoszenie z powagą podszedł do sprawy. To nas bardzo podniosło na duchu. Tymczasem w internecie już działa się burza – mnóstwo osób włączyło się w poszukiwanie sprawcy. Pisały do mnie osoby, które przeżyły podobne historie, mieliśmy mnóstwo tropów – większość mylna, ale przerażające było to, jak często przez bezmyślność czy arogancję człowieka niemal doszło do tragedii, bo nieupilnowany pies zaatakował. Lokalne media zainteresowały się sprawą Fibcia. Dzięki gigantycznemu społecznemu poruszeniu wiedzieliśmy już, kim jest świadek zdarzenia oraz iż prawdopodobnie zezna, iż nie zna sprawcy. Policjant nas uprzedził, iż to utrudni i opóźni śledztwo, ale z drugiej strony – jeżeli zostanie udowodnione, iż złożyła fałszywe zeznania, będzie odpowiadała przed wymiarem sprawiedliwości za przestępstwo (samo niedopilnowanie psa, który pogryzie innego, choćby na śmierć, jest tylko wykroczeniem). Przekazałam te informacje wszystkim znajomym tej kobiety, którzy się do mnie odezwali z nadzieją, iż to przekona ją do powiedzenia prawdy.

W międzyczasie nadchodziły nowe informacje z kliniki: Fibo przeżył operację, ale nie minęło zagrożenie. Miał rozerwaną łapkę, wyrwany ogromny płat skóry, zmiażdżone płuco. Zagrożenie sepsą i niewydolnością wielonarządową może pojawić się choćby 2 tygodnie po tak ciężkim pogryzieniu. W piątek wieczorem pojechaliśmy go odwiedzić. Gdy go nam przyprowadzili, płakaliśmy wszyscy, razem z naszym 1,5-rocznym synkiem. Fibo był okropnie wystraszony, pozszywane rany były gigantyczne. Z drenów wciąż sączyła się krew. Równie straszne, jak ten widok, było to, iż musieliśmy go tam zostawić. W sobotę wieczorem uzgodniliśmy jednak z lekarzami, iż Fibcio wraca do domu, a do kliniki będziemy dojeżdżać tak często, jak to będzie konieczne. Przez ogromny stres Fibo nie jadł, nie pił, nie wydalał – to tylko pogarszało sytuację. W domu od razu zasnął wykończony. Ale my nie spaliśmy prawie wcale. Wciąż czuwaliśmy, wypatrując najmniejszych oznak pogorszenia jego stanu, by zdążyć do kliniki. W internecie tymczasem wciąż wrzało. Od czwartkowej nocy nie rozstawałam się z telefonem, cały czas odpisując na dziesiątki wiadomości i komentarzy, sprawdzając podsunięte tropy, odpowiadając na telefony zmartwionej rodziny i przyjaciół. Aż w końcu znaleźliśmy sprawcę.

Napisałam na lokalnej grupie kolejny post – tym razem skierowany bezpośrednio do niego. Mieliśmy jego wszystkie dane, zdjęcia, nagrania. Wiedzieliśmy, iż to on i chcieliśmy, by sam zgłosił się na policję i przyznał. Postanowiłam dać mu czas do wtorku. We wtorek rano, 5 dni po ataku, dostałam od niego wiadomość – idzie na komendę się przyznać. Bez presji społecznej to by się nie wydarzyło. Poczułam wtedy olbrzymią ulgę. Ten czas był dla nas koszmarem emocjonalnym i fizycznym, emocje udzieliły się też naszemu synkowi. Wreszcie sprawa – ta, która toczyła się publicznie – dobiegła końca. Dalszej sprawiedliwości będziemy dochodzić już przed sądem. Gdy zgłaszaliśmy zawiadomienie na policję w piątek, dostaliśmy informację, iż we wtorek dowiemy się, kto zajmie się sprawą. Dopiero potem miała ruszyć cała machina. Dzięki temu, iż po części z poszukiwaniem sprawcy wzięliśmy sprawy we własne ręce, dzięki gigantycznej pomocy przyjaciół, sąsiadów, mediów, ale przede wszystkim dzięki pomocy obcych nam osób, których poruszył los Fibcia – we wtorek mieliśmy już sprawcę na komendzie.

Ta sprawa pokazała nam i wszystkim innym osobom, iż warto walczyć o sprawiedliwość. Było to bardzo trudne, wymagające wielu nerwów i poświęceń – ale wraz z informacją od policjanta, iż sprawca się zgłosił i przyznał, poczuliśmy olbrzymią ulgę. Fibo powolutku dochodzi do siebie. Nie umiemy sobie wyobrazić, co by było, gdyby nie przeżył… Pękało nam serce, gdy nasz synek chodził po mieszkaniu, mówiąc: „Fibo, Fibo, nie ma!”. Ale dziś mamy go już w domu, jesteśmy już razem i zrobimy wszystko, by nasz piesek doszedł do siebie i miał przed sobą jeszcze długie, pełne psich euforii życie.

Mimo tego koszmaru, który nas spotkał i zawodu ludźmi, którzy okazali się tchórzami bez serca – czyli sprawcy i świadkini zdarzenia – poznaliśmy wiele wspaniałych i empatycznych osób. Chcielibyśmy im jeszcze raz za wszystko podziękować: tym, którzy zatrzymali się i chcieli pomóc bezpośrednio po zdarzeniu, sąsiadom, przyjaciołom, znajomym, ludziom, którzy zaangażowali się w sprawę, empatycznym policjantom z lubońskiej komendy, dziennikarzom, którzy nagłośnili temat w mediach, wszystkim, którzy udostępniali posty i wpłacali na zbiórkę na leczenie Fibcia, pani behawiorystce i pani radczyni prawnej, które zaoferowały nam bezpłatną pomoc. Dzięki Wam mieliśmy siłę do tej walki, którą już po części wygraliśmy. Mam cichą nadzieję, iż nagłośnienie tej sprawy sprawi jeszcze jedno: iż właściciele psów przestaną się zachowywać jak bezmyślni egoiści i zaczną wyprowadzać swoich potencjalnie niebezpiecznych pupili na smyczach. To, iż pies jest łagodny dla was, nie oznacza, iż nie będzie mordercą dla kogoś innego. Myśl, iż moglibyśmy być na tym spacerze razem, z naszym synkiem, wciąż mnie paraliżuje. W Polsce przepisy dotyczące agresywnych ras są martwe – nie dotyczą psów „w typie rasy” i w ogóle nie obejmują np. amstaffów właśnie. Dzisiaj bez żadnego przeszkolenia każdy może mieć takiego psa, a są one niezwykle wrażliwe na najmniejsze błędy wychowawcze. Konsekwencje potem mogą być tragiczne. Nie chodzi mi o to, by nakręcać spiralę nienawiści i strachu do tej konkretnej rasy. Winny jest zawsze człowiek. Winne jest przede wszystkim prawo, które mam nadzieję, iż niedługo się zmieni i pozwoli uniknąć kolejnych tragedii.

—————————————-

Monika – „Jesteśmy świeżo po kolejnej wizycie u weterynarza i spieszymy do Was z aktualizacją stanu zdrowia Fibcia. Lekarze są zadowoleni z procesu gojenia się ran, płuco się regeneruje. Postanowili jeszcze zostawić dreny na kilka dni. Fibo jest dobrze zabezpieczony lekami, coraz częściej ma przebłyski dawnego Fibeńka – wyłudzacza smaczków, miał już choćby (na szczęście unicestwioną) próbę wskoczenia na kanapę. Dziś sam wyszedł na balkon i czerpał energię ze słońca”.

—————————————-

Jeśli chcieliby Państwo wesprzeć finansowo leczenie Fibo podajemy kod QR do zbiórki prowadzonej przez fundację Ratujemy zwierzaki.pl. W przypadku, gdy koszty leczenia okażą się niższe niż zebrana kwota – cała nadwyżka trafi do fundacji Masz Nosa i zostanie przeznaczona na leczenie innych potrzebujących zwierząt, podopiecznych fundacji Masz Nosa.

https://www.ratujemyzwierzaki.pl/zagryziony-fibo

Monika Filipowicz

Fibo kilka dni po operacji fot. Zb. Moniki Filipowicz
Fibo w domu na swoim legowisku fot. Zb. Moniki Filipowicz
Pani Monika wraz ze swoim pupilem fot. Zb. Moniki Filipowicz
fot. Zb. Moniki Filipowicz
Idź do oryginalnego materiału