— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka ze złością patrzyła na Tadka, bezradnie podskakującego u nóg. Jak mogliśmy się naciąć na takiego rozrabiakę? Tyle się zastanawialiśmy, wybieraliśmy rasę, radziliśmy się kynologów. Wiedzieliśmy, jaka to odpowiedzialność. W końcu postanowiliśmy wziąć owczarka niemieckiego, żeby mieć wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę. Jak szampon 3 w 1. Tylko tego obrońcę samemu trzeba czasem przed kotami ratować… — Przecież on jeszcze szczeniak. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz. — Aha. Czekam, aż ten koń urośnie… Widziałeś, iż on więcej je niż my razem wzięci? Jak my go wykarmimy? A nie tup, baranie, dziecko obudzisz! — narzekała Nastka, zbierając pantofle rozrzucone przez Tadka. Mieszkali przy Alejach Jerozolimskich, na parterze dużej kamienicy z czasów PRL-u, z oknami niemal zrośniętymi z asfaltem. Miejsce świetne, gdyby nie jedno “ale”. Okna wychodziły na ślepą, ciemną część podwórka, gdzie wieczorami kręciły się cienie, schodzili się panowie na pogaduchy, a czasem wybuchały burdy. Prawie cały dzień Nastka była sama w domu, z nowo narodzoną Kamilką. Maks od rana wychodził do pracy w Muzeum Narodowym, a w wolnym czasie znikał na pchlich targach i kiermaszach książek. Jako historyk sztuki potrafił wyłowić prawdziwe perełki: dzieła sztuki, rzadkie książki, stare bibeloty. Maks był zapalonym kolekcjonerem. W ich mieszkaniu zebrała się już niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych stały talerze z Ćmielowa, porcelanowe figurki i srebra z początku XX wieku… Nastka obawiała się zostawać sama z tym wszystkim i z małą córeczką na rękach, zwłaszcza, iż w kamienicy zdarzały się kradzieże. — Nastka, jak sądzisz, lepiej iść z Tadkiem teraz na spacer czy po obiedzie? — Nie wiem. Psy to nie moja działka! Słysząc magiczne „na spacer!”, Tadek pogalopował do przedpokoju, na zakręcie ledwo się nie wywrócił, chwycił smycz i z powrotem podbiegł do Maksa, podskakując prawie pod sufit. No koń, nie pies. Wszystkich kocha, do każdego się przytula, każdemu przynosi piłkę, tylko do gości na próg nie puści. Dobroduszny, rubaszny, ale przecież wzięliśmy go do obrony! A on choćby za kotami nie goni. Z piłką biegnie, cieszy się, myśli, iż teraz będzie się z kotem bawił. O, raz już oberwał po łapach. Tu mają koty charakter, takich do obrony powinno się brać… Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na Festiwal Miłośników Malczewskiego, a co ja mam robić? Pilnować porcelany i wyprowadzać tego uszatego? Życie… O świcie Maks cichutko wstał, chciał nie budzić żony. Ale jak? Nastka słyszała gwizd czajnika, brzęk smyczy, jak Maks szepcze do Tadka, żeby nie marudził i nie tupał. Przy tych spokojnych odgłosach przysnęła na chwilę, a kiedy obudziła ją córeczka, Maksa już nie było. Dzień zaczął się normalnie. Zwykły, spokojny, bezpieczny dzień. Czyż to nie szczęście? Przyjaciółki się dziwiły: „Nastka, tak wcześnie za mąż, mąż i córka, cały dzień kuchnia, dom cię pochłonął…” A czy w codzienności brak uroku? Może nie wszystko jest jak marzyła. Męczyły ją częste wyjazdy męża, ciasnota, brak pieniędzy. Najgorsza była ta jego pasja, która pochłaniała tyle pieniędzy… Teraz sprowadził jeszcze przyjaciela-uszatego, a opieka nad nim spadła na nią. Ale wiedziała: ukochanych trzeba akceptować ze wszystkim co mają. Nikt ci nie obiecywał ideału… Zrozumiawszy to, Nastka postanowiła być szczęśliwa tu i teraz, cieszyć się tym co jest, nie żałować tego, czego brak. Karmiła córkę w pokoju dziecięcym, która zasypiała przy posiłku i trzeba było czekać, aż się przebudzi i zacznie znów ssać. W drzwiach zadzwonił dzwonek, ale Nastka nie otwierała. Nikogo się nie spodziewała, a nieznajomi przez całe miasto nie przyjeżdżają bez zapowiedzi. Te poranne godziny były dla niej najcenniejsze: cisza, tylko stare zegary w korytarzu cykają i przez lufcik słychać znajome odgłosy miasta – dźwięk tramwajów, warkot samochodów, szuranie miotły po betonie, dziecięce głosy… A gdzie ten uszaty? Dawno się nie pojawiał, dziwne. Bo żaden z niego uszaty, uszy ma stojące – to przez charakter taki. Roztrzepaniec, ot, i tyle. Tylko z nim żyj teraz, karm, wyprowadzaj, a korzyści żadnej. Lepiej byśmy jamnika wzięli. Nastka zapatrzyła się na córkę, która, najadłszy się, odpadła od piersi jak pijawka. Ach, jaka fajna dziewczynka się udała! Złotko moje – szeptała, układając córeczkę. Rośnij, malutka… – czego nam więcej trzeba? W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, czy pisk. Nastka nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Bezgłośnie zsunęła pantofle i przemykając cicho zajrzała do salonu. Pierwsze co ją zaniepokoiło – to plecy Tadka. Jakby się chował za zasłoną oddzielającą przedpokój od salonu. Przygięty na wszystkich łapach pies zastygł w napięciu, z językiem na wierzchu, wpatrzony w głąb pokoju. Nastka podążyła za jego wzrokiem – i zamarła: w oknie (no, w lufciku) tkwiła połowa mężczyzny. Typowa bandycka, wygolona głowa, ręce i barki już w pokoju, i sapiąc, kombinował, jak się wepchnąć. Nastka nie wierzyła, iż to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić?! Krzyczeć? Facet już prawie w domu! Jeszcze chwila… Drgnęła na krzyk. Czarna smuga rzuciła się do okna – nie od razu poznała, iż to Tadek. Podskoczył na parapet i chwycił włamywacza za kołnierz! „Aaaa!” – ryknął facet chrapliwym basem, wybałuszając oczy. Nastka wybiegła na klatkę i wezwała sąsiadów, potem już nie było tak strasznie. Zbiegli się ludzie, ktoś wezwał policję. Każdy chciał pomóc, choć sama ich obecność była już pomocą. Co by zrobiła sama? Pokonała strach i podeszła do faceta – byle Tadek nie przegryzł mu gardła! Tylko tego brakowało. Ale Tadek, mądrala, chwycił za bok kołnierza i trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Kiedy włamywacz próbował się ruszyć, Tadek mocniej zaciskał zęby, jakby mówił: „Rozumiesz, szefie?” – i pies luzował uścisk. Skąd on to wszystko wiedział? Ten roztrzepaniec z piłeczką działał jak zawodowiec. Nasłuchiwał hałasu, poszedł sprawdzić, co się dzieje, ale nie szczekał. Czemu? Zamiast tego urządził zasadzkę za zasłoną i pozwolił włamywaczowi wleźć w połowie, by się zaklinował, i wtedy zaatakował. Trzymał go fachową, zawodową żuchwą – nie ranił, nie dusił. Jak to mówią: „my zatrzymujemy, a resztą niech się sąd zajmie”. choćby starzy policjanci nie pamiętali, żeby jakiś włamywacz tak się cieszył z zatrzymania. Facet umordowany, ale szczęśliwy, iż cało wyszedł z Tadka paszczy, gotów natychmiast się poddać, za to pies się rozkręcił i długo nie chciał puścić. Dopiero jak podjechał oficer – przewodnik psów, i wydał komendę, Tadek otworzył pysk! Wypuścił faceta, siadł pod oknem i popatrzył na oficera, jakby czekał na rozkazy. Prawie iż nie zasalutował. — Macie szczęście z psem — oficer poklepał Tadka z uznaniem po łopatkach.— Taki by się nam przydał w wydziale śledczym… Maks wrócił późnym wieczorem. Otworzył ostrożnie drzwi i stanął ze zdziwienia. A było czym się zdziwić. Po pierwsze: Tadek leżał na kanapie – co było surowo zabronione. Po drugie: rozciągnięty na plecach w niedwuznacznej pozie, a Nastka drapała go po brzuchu, głaskała i prawie całowała po pysku, mamrocząc: „Ty mój skarbie, źrebaczku malutki, rośnij zdrowy, na euforia dla mamy i taty! Jakże byłam wobec ciebie niesprawiedliwa… Wybacz mi…” Tę historię usłyszałam kiedyś na jednym z Festiwali Malczewskiego od samego uczestnika – historyka sztuki. Tadek pewnie opowiedziałby jeszcze barwniej: jak tropił, jak wziął włamywacza, jak go przekazał policjantom. To było dawno, ale historia żyła w pamięci. Czułam, jak Tadek łapką puka, domagając się zapisu – więc postanowiłam się nią z Wami podzielić…

6 dni temu

Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Zosia patrzyła ze złością na Frania, który jak szalony skakał pod jej nogami. Jak to się stało, iż trafili na takiego gamonia? Długo rozważali wybór, przeglądali rasy, pytali o opinie hodowców. Zdawali sobie sprawę, jak wielka to odpowiedzialność. W końcu padło na owczarka niemieckiego miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon trzy w jednym. Tyle iż tego obrońcę to trzeba było samemu bronić przed kotami…
On pozostało mały. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz.
Jasne! Nie mogę się już doczekać, aż ten koń dorośnie. Zauważyłeś, iż je więcej niż my oboje? Jak my go wyżywimy? I nie tupałbyś tak, mówię ci, dziecko obudzisz! mruczała Zosia, zbierając buty rozrzucone przez Frania.

Mieszkaliśmy na ulicy Mickiewicza, na parterze dużej kamienicy z epoki, z oknami prawie przyrosłymi do asfaltu. Miejsce świetne, gdyby nie jedno ale. Nasze okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami kręciły się podejrzane cienie, schodzili się faceci na pogaduchy, czasem zdarzały się bójki.
Całe dnie Zosia zostawała sama w domu z nowo narodzoną Marysią. Ja rano szedłem do pracy w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzałem na targach staroci i w antykwariatach. Jako historyk sztuki, miałem wprawne oko Zosia żartowała, iż oko sokole i potrafiłem wyłuskać z tłumu prawdziwe dzieła sztuki, rzadkie książki czy interesujące przedmioty codziennego użytku. Niezauważalnie uzbieraliśmy niezłą kolekcję obrazów, a w kredensie z początku lat sześćdziesiątych lśniła porcelana z Ćmielowa, figurki socrealistyczne i srebrna zastawa z początku XX wieku Zosia bała się zostawać sama w domu z tym całym majątkiem i malutką córką, zwłaszcza iż w kamienicy zdarzały się już kradzieże.

Zosiu, jak myślisz, kiedy wyjść z Franiem na spacer? Teraz, czy po obiedzie?
Nie wiem. I szczerze mówiąc, to nie moje psie sprawy!
Franio, słysząc słowo spacer, pognał jak opętany do przedpokoju, na zakręcie aż się poślizgnął, chwycił smycz, wrócił z nią i podskoczył prawie do sufitu. No, koń nie pies! Uwielbia wszystkich, wszystkich wita, wszystkim przynosi piłeczkę, tylko do gości nie wpuści. Otwarta dusza, swojak, ale przecież miał być do ochrony! A on choćby na koty na podwórku nie zawarczy. Biegnie do nich z piłką, cała radość, jakby chciał się bawić. No i już kilka razy dostał od nich łapą po pysku. Koty na naszym podwórku są konkretne, to one by się nadały na obrońców… Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na festiwal malarstwa, a mi pozostaje pilnować porcelany i wyprowadzać tego głupka. Żeby tylko nie trzeba było mieć tylu zmartwień…

O świcie Michał wstał po cichu, żeby mnie nie obudzić. Ale gdzie tam! Słyszałam, jak czajnik zaczął warczeć w kuchni, jak zabrzęczała smycz, jak szeptem uciszał Frania, żeby nie skomlił i nie tupał. Przy tych domowych dźwiękach zdrzemnęłam się jeszcze, a kiedy obudziła mnie Marysia, po moim mężu nie było już śladu. Dzień zaczął się normalnie. Zwykły, spokojny dzień. Czyż to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: Ach Zosiu, tak wcześnie wyszłaś za mąż, zrywając się między mężem a córką, w kuchni cały dzień, zwyczajne życie A przecież zwyczajność to coś pięknego! Nie wszystko wyszło, jak marzyłam. Częste nieobecności męża były męczące, ciasnota i brak pieniędzy dokuczały. No i ta jego pasja, która pożerała tyle pieniędzy Teraz jeszcze ten uszaty przyjaciel, którym zajmować się muszę głównie ja. Ale wiedziałam: kocha się za wszystko, wady i zalety. Nikt nie obiecywał ideału Z tą myślą pogodziłam się wreszcie i postanowiłam cieszyć się tym, co mam, zamiast rozpaczać z braku niedoścignionego.

Siedziałam w dziecięcym pokoju, karmiłam usypiającą Marysię i musiałam czekać, aż się przebudzi i znów będzie chciała jeść. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale nie zamierzałam otwierać. Na nikogo nie czekałam, a i tak nikt przez całe miasto nie przyjechałby bez zapowiedzi. Kocham te poranne chwile w domu cisza, tylko stare zegary tykają w przedpokoju, a z uchylonego okna sączy się znany od dzieciństwa miejski szum: stukot tramwajów, mruczenie samochodów, szuranie miotły po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie ten uszatek? Jakoś dawno się nie pokazywał, dziwne. Oczywiście, uszu mu nie brakuje, sterczą aż miło, tylko z charakteru to łobuz jakich mało. Teraz już na całe życie będę z nim karmić, wyprowadzać, a pożytku z niego zero. Lepiej było mieć maltańczyka.

Zapatrzyłem się na naszą córeczkę, która po jedzeniu oderwała się od piersi jak pijawka. Och, jaki z niej cud! Moje złotko, szeptałem, kładąc ją do łóżeczka. Rośnij czego nam jeszcze potrzeba?
I wtedy z salonu dobiegł dziwny hałas. Coś jakby trzask, jakby pisk. Nasłuchałem się. Trzask powtórzył się. Zatrzymałem na moment oddech, zdjąłem kapcie i na palcach wszedłem do salonu. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę sylwetka Frania. Stał jakby przyczajony za zasłonką oddzielającą przedpokój od salonu. Przykucnięty, spięty, rozbłysły oczy; patrzył w głąb pokoju. Poszedłem za jego wzrokiem i zamarłem: w oknie, a adekwatnie w lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowa bandycka łysa głowa, ramiona i barki już w środku, sapnął, szamotał się, próbując się przecisnąć. Nie wierzyłem, iż to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić? Krzyknąć? Mężczyzna już prawie był w środku! Jeszcze moment i

Drgnąłem na dźwięk wrzasku! Cień rzucił się do okna dopiero po chwili zorientowałem się, iż to Franio. Wskoczył na parapet i chwycił złodzieja za kark! Aaa! zawył bandzior niskim, ochrypłym głosem, wytrzeszczył oczy. Wypadłem na klatkę schodową, wołając sąsiadów. Już nie było tak straszno. Zbiegli się ludzie, zadzwonili po policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć pomoc ta sprowadzała się głównie do obecności obok właśnie tego najbardziej było trzeba. Co bym zrobił sam? Gdy opanowałem nerwy, podszedłem sprawdzić: żeby tylko Franio nie przegryzł mu gardła. Jeszcze tego by brakowało! Ale Franio, mądry psiak, złapał go tylko za kołnierz i trzymał mocno, ale ostrożnie. choćby kropli krwi nie upuścił! Tylko kiedy złodziej próbował się szarpać, Franio mocniej zaciskał szczęki. Kiedy tamten cichł puszczał trochę uścisk. Skąd on to wiedział? Ten śmieszek z piłeczką zachował się jak zawodowiec! Zamiast szczekać, po prostu rozstawił zasadzkę za zasłoną, pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby się zaklinował i nie mógł czmychnąć, a potem rzucił się i złapał we adekwatny sposób nie dusząc i nie raniąc. Jak mówią, nasze jest złapać, resztę załatwi sąd.
Nawet doświadczeni policjanci nie pamiętali, żeby złodziej tak się cieszył z zatrzymania. Biedak taki przestraszony w Franiowych zębach, iż aż się cieszył, jak go policja wzięła! Za to Franio miał ochotę jeszcze pogrymasić, tak się wczuł w rolę, tak był dumny ze zdobyczy, iż długo trzeba było go nakłaniać, by puścił. Dopiero gdy przyjechał przewodnik z policyjnym owczarkiem i wydał komendę, Franio wypuścił złodzieja! Usiadł pod oknem, wbił we mnie oczy – rozkazujcie, panie, jestem gotów! Jeszcze tylko salutować brakowało.

Macie szczęście, iż macie takiego psa stwierdził policjant, klepiąc Frania po karku. Przydałby się taki u nas w dochodzeniówce
Michał wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie uchylił drzwi i stanął zdumiony na progu. Było się czemu dziwić! Po pierwsze Franio leżał na kanapie, co było surowo zakazane. Po drugie rozparty jak hrabia, z ułożonymi na boki łapami, a moja żona głaskała go po brzuchu, głaskała, tuliła, a już prawie całowała w nos, powtarzając: Moja radości, kochany, nasz źrebaczku. Rośnij zdrowo! Ku euforii tatusia i mamusi! Jakże ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się już na mnie
Tę historię usłyszałem od samego Michała na jednym ze świętowanych Dni Sztuki w Kazimierzu. Franio opowiedziałby to pewnie jeszcze barwniej: jak tropił, jak łapał, jak przekazywał w ręce policji. Dawno to było. Ale historia żyje w pamięci, czasem czuję, jak Franio łapką drapie, domaga się o opowieść na papierze więc dziś się z wami nią dzielę…

Idź do oryginalnego materiału