Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Zosia patrzyła ze złością na Frania, który jak szalony skakał pod jej nogami. Jak to się stało, iż trafili na takiego gamonia? Długo rozważali wybór, przeglądali rasy, pytali o opinie hodowców. Zdawali sobie sprawę, jak wielka to odpowiedzialność. W końcu padło na owczarka niemieckiego miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon trzy w jednym. Tyle iż tego obrońcę to trzeba było samemu bronić przed kotami…
On pozostało mały. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz.
Jasne! Nie mogę się już doczekać, aż ten koń dorośnie. Zauważyłeś, iż je więcej niż my oboje? Jak my go wyżywimy? I nie tupałbyś tak, mówię ci, dziecko obudzisz! mruczała Zosia, zbierając buty rozrzucone przez Frania.
Mieszkaliśmy na ulicy Mickiewicza, na parterze dużej kamienicy z epoki, z oknami prawie przyrosłymi do asfaltu. Miejsce świetne, gdyby nie jedno ale. Nasze okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami kręciły się podejrzane cienie, schodzili się faceci na pogaduchy, czasem zdarzały się bójki.
Całe dnie Zosia zostawała sama w domu z nowo narodzoną Marysią. Ja rano szedłem do pracy w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzałem na targach staroci i w antykwariatach. Jako historyk sztuki, miałem wprawne oko Zosia żartowała, iż oko sokole i potrafiłem wyłuskać z tłumu prawdziwe dzieła sztuki, rzadkie książki czy interesujące przedmioty codziennego użytku. Niezauważalnie uzbieraliśmy niezłą kolekcję obrazów, a w kredensie z początku lat sześćdziesiątych lśniła porcelana z Ćmielowa, figurki socrealistyczne i srebrna zastawa z początku XX wieku Zosia bała się zostawać sama w domu z tym całym majątkiem i malutką córką, zwłaszcza iż w kamienicy zdarzały się już kradzieże.
Zosiu, jak myślisz, kiedy wyjść z Franiem na spacer? Teraz, czy po obiedzie?
Nie wiem. I szczerze mówiąc, to nie moje psie sprawy!
Franio, słysząc słowo spacer, pognał jak opętany do przedpokoju, na zakręcie aż się poślizgnął, chwycił smycz, wrócił z nią i podskoczył prawie do sufitu. No, koń nie pies! Uwielbia wszystkich, wszystkich wita, wszystkim przynosi piłeczkę, tylko do gości nie wpuści. Otwarta dusza, swojak, ale przecież miał być do ochrony! A on choćby na koty na podwórku nie zawarczy. Biegnie do nich z piłką, cała radość, jakby chciał się bawić. No i już kilka razy dostał od nich łapą po pysku. Koty na naszym podwórku są konkretne, to one by się nadały na obrońców… Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na festiwal malarstwa, a mi pozostaje pilnować porcelany i wyprowadzać tego głupka. Żeby tylko nie trzeba było mieć tylu zmartwień…
O świcie Michał wstał po cichu, żeby mnie nie obudzić. Ale gdzie tam! Słyszałam, jak czajnik zaczął warczeć w kuchni, jak zabrzęczała smycz, jak szeptem uciszał Frania, żeby nie skomlił i nie tupał. Przy tych domowych dźwiękach zdrzemnęłam się jeszcze, a kiedy obudziła mnie Marysia, po moim mężu nie było już śladu. Dzień zaczął się normalnie. Zwykły, spokojny dzień. Czyż to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: Ach Zosiu, tak wcześnie wyszłaś za mąż, zrywając się między mężem a córką, w kuchni cały dzień, zwyczajne życie A przecież zwyczajność to coś pięknego! Nie wszystko wyszło, jak marzyłam. Częste nieobecności męża były męczące, ciasnota i brak pieniędzy dokuczały. No i ta jego pasja, która pożerała tyle pieniędzy Teraz jeszcze ten uszaty przyjaciel, którym zajmować się muszę głównie ja. Ale wiedziałam: kocha się za wszystko, wady i zalety. Nikt nie obiecywał ideału Z tą myślą pogodziłam się wreszcie i postanowiłam cieszyć się tym, co mam, zamiast rozpaczać z braku niedoścignionego.
Siedziałam w dziecięcym pokoju, karmiłam usypiającą Marysię i musiałam czekać, aż się przebudzi i znów będzie chciała jeść. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale nie zamierzałam otwierać. Na nikogo nie czekałam, a i tak nikt przez całe miasto nie przyjechałby bez zapowiedzi. Kocham te poranne chwile w domu cisza, tylko stare zegary tykają w przedpokoju, a z uchylonego okna sączy się znany od dzieciństwa miejski szum: stukot tramwajów, mruczenie samochodów, szuranie miotły po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie ten uszatek? Jakoś dawno się nie pokazywał, dziwne. Oczywiście, uszu mu nie brakuje, sterczą aż miło, tylko z charakteru to łobuz jakich mało. Teraz już na całe życie będę z nim karmić, wyprowadzać, a pożytku z niego zero. Lepiej było mieć maltańczyka.
Zapatrzyłem się na naszą córeczkę, która po jedzeniu oderwała się od piersi jak pijawka. Och, jaki z niej cud! Moje złotko, szeptałem, kładąc ją do łóżeczka. Rośnij czego nam jeszcze potrzeba?
I wtedy z salonu dobiegł dziwny hałas. Coś jakby trzask, jakby pisk. Nasłuchałem się. Trzask powtórzył się. Zatrzymałem na moment oddech, zdjąłem kapcie i na palcach wszedłem do salonu. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę sylwetka Frania. Stał jakby przyczajony za zasłonką oddzielającą przedpokój od salonu. Przykucnięty, spięty, rozbłysły oczy; patrzył w głąb pokoju. Poszedłem za jego wzrokiem i zamarłem: w oknie, a adekwatnie w lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowa bandycka łysa głowa, ramiona i barki już w środku, sapnął, szamotał się, próbując się przecisnąć. Nie wierzyłem, iż to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić? Krzyknąć? Mężczyzna już prawie był w środku! Jeszcze moment i
Drgnąłem na dźwięk wrzasku! Cień rzucił się do okna dopiero po chwili zorientowałem się, iż to Franio. Wskoczył na parapet i chwycił złodzieja za kark! Aaa! zawył bandzior niskim, ochrypłym głosem, wytrzeszczył oczy. Wypadłem na klatkę schodową, wołając sąsiadów. Już nie było tak straszno. Zbiegli się ludzie, zadzwonili po policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć pomoc ta sprowadzała się głównie do obecności obok właśnie tego najbardziej było trzeba. Co bym zrobił sam? Gdy opanowałem nerwy, podszedłem sprawdzić: żeby tylko Franio nie przegryzł mu gardła. Jeszcze tego by brakowało! Ale Franio, mądry psiak, złapał go tylko za kołnierz i trzymał mocno, ale ostrożnie. choćby kropli krwi nie upuścił! Tylko kiedy złodziej próbował się szarpać, Franio mocniej zaciskał szczęki. Kiedy tamten cichł puszczał trochę uścisk. Skąd on to wiedział? Ten śmieszek z piłeczką zachował się jak zawodowiec! Zamiast szczekać, po prostu rozstawił zasadzkę za zasłoną, pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby się zaklinował i nie mógł czmychnąć, a potem rzucił się i złapał we adekwatny sposób nie dusząc i nie raniąc. Jak mówią, nasze jest złapać, resztę załatwi sąd.
Nawet doświadczeni policjanci nie pamiętali, żeby złodziej tak się cieszył z zatrzymania. Biedak taki przestraszony w Franiowych zębach, iż aż się cieszył, jak go policja wzięła! Za to Franio miał ochotę jeszcze pogrymasić, tak się wczuł w rolę, tak był dumny ze zdobyczy, iż długo trzeba było go nakłaniać, by puścił. Dopiero gdy przyjechał przewodnik z policyjnym owczarkiem i wydał komendę, Franio wypuścił złodzieja! Usiadł pod oknem, wbił we mnie oczy – rozkazujcie, panie, jestem gotów! Jeszcze tylko salutować brakowało.
Macie szczęście, iż macie takiego psa stwierdził policjant, klepiąc Frania po karku. Przydałby się taki u nas w dochodzeniówce
Michał wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie uchylił drzwi i stanął zdumiony na progu. Było się czemu dziwić! Po pierwsze Franio leżał na kanapie, co było surowo zakazane. Po drugie rozparty jak hrabia, z ułożonymi na boki łapami, a moja żona głaskała go po brzuchu, głaskała, tuliła, a już prawie całowała w nos, powtarzając: Moja radości, kochany, nasz źrebaczku. Rośnij zdrowo! Ku euforii tatusia i mamusi! Jakże ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się już na mnie
Tę historię usłyszałem od samego Michała na jednym ze świętowanych Dni Sztuki w Kazimierzu. Franio opowiedziałby to pewnie jeszcze barwniej: jak tropił, jak łapał, jak przekazywał w ręce policji. Dawno to było. Ale historia żyje w pamięci, czasem czuję, jak Franio łapką drapie, domaga się o opowieść na papierze więc dziś się z wami nią dzielę…

6 dni temu











English (US) ·
Polish (PL) ·
Russian (RU) ·